Witajcie! Co byście zrobili, gdybyście trafili na Marsa? Kto z was zostawiłby wszystko na ziemi, rzucił w cholerę i poleciał na podbój obcej planety? Nawet gdyby to była podróż bez powrotu? A z pewnością bez podatków i ZUS-u!
Geofil
Właz opadł, wzbijając tumany pyłu. Przed Carlem rozpościerał się widok nagich gór o brunatnym kolorze. Nabrał głęboko tchu, czując przypływ radości na widok jego planety. Jego, nikogo innego. Sprawował nad nią pieczę od dłuższego czasu i zakochał się bardziej, niż przypuszczał.
Skoczył. Opadł powoli za sprawą trzykrotnie mniejszej grawitacji Marsa. Uczucie lekkości przyprawiło go o dreszcze podniecenia. Dużymi susami zmierzał w stronę wzniesienia, chłonąc dobrze znane widoki czerwonej ziemi. W planach miał jeszcze odwiedzić Olympus Mons, najwyższą górę w układzie, zresztą nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz. Na razie jednak musiał załatwić formalności.
W końcu dotarł na pobliską górę. Widok stał się jeszcze wspanialszy. Kiedyś jałową ziemię porastał las brunatnych krzewów rozciągających się na całą równinę. Dał sobie kilka minut, patrząc na swoje dzieło, pozwalając, by duma pęczniała w nim, jak balonik.
Podręczny komputer umieszczony na rękawie zapiszczał, informując o prawidłowej wartości mieszanki w atmosferze. Zdjął hełm. Wciągnął słodki zapach powietrza, jeszcze bardziej popadając w samozachwyt.
Jeszcze rok i będzie można sprowadzić pierwszych kolonistów. Westchnął, posyłając kopniakiem kamień w nieplanowaną podróż. Ta myśl przygnębiła go nieco. Nie chciał nikogo na Marsie. Na swojej ukochanej planecie. Było im dobrze razem. Przybycie nowych ludzi mogło wszystko zmienić. Zatruć ich piękną więź, zniszczyć romans, jaki wyrósł w ciągu kilku lat.
Od przyglądania się ukochanej narastało w Carlu napięcie. Zbierało tuż pod skórą, wypełniając każdą wolną przestrzeń. Wzburzając krew, dobijając się sztormem do mózgu. Musiał jeszcze coś załatwić przed wycieczką na górę i odlotem na stację.
Kolejnymi susami po kilku minutach dotarł do olbrzymiej skały, która kształtem przypominała serce. Stała, tam, gdzie ją zostawił, na jeszcze wyższym wzniesieniu, z którego widać było przyszłe miejsce pod osadę.
Przytulił się do skały, która jak mu się wydawało zrobiła się odrobinę cieplejsza. Trwał tak chwilę, mrucząc o wiecznej miłości, pięknych krągłościach i zdumiewającym wyglądzie. Po czym zaczął ściągać skafander. Zdjął również obcisły strój noszony pod spodem.
Wodził palcami po powierzchni kamienia, dopóki nie natrafił na wyżłobioną dziurę.
A jaka była wasza najdziwniejsza miłość? A może macie swój fetysz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz