Krótki tekst, mimo że napisany dawno temu, nadal mi się podoba :)
–
Szybko, Maciek! Podsadzę
cię, na skałę,
a ty mnie wciągniesz –
zwrócił się
wysoki, szczupły blondyn,
do kolegi o brązowych
włosach, po czym splótł
ręce w siodełko.
Chłopak
bez wahania umieścił
na nim nogę i
podniesiony, złapał
za skraj skały.
Wciągnął się na nią. Pośpiesznie odwrócił się i położył podając dłoń koledze.
Wciągnął się na nią. Pośpiesznie odwrócił się i położył podając dłoń koledze.
– Dobra!
Złap mnie za rękę,
Janek!
– Nie
sięgam – wydyszał,
starając się
doskoczyć i muskając
co najwyżej koniuszków
palców.
–
Czekaj!
Podniósł
się i zdjął
pasek od spodni.
–
Złap się
go!
Tym
razem Janek bez problemu złapał
się i wspiął
na górę z pomocą
kolegi.
–
Było blisko. –
Uśmiechnął
blondyn, dysząc głośno.
- Ale udało nam się!
–
Tak, ale na tym koniec. Spójrz. Ta skała
dalej nigdzie nie prowadzi! Pionowa ściana
i nic więcej! Żadnej
innej drogi.
Podeszli
ostrożnie do ściany
i opadli, bezwładnie
opierając się
o nią.
A
więc tak, miały
się skończyć
te wakacje? Usmażeni na
tropikalnej wyspie przez lawę,
spaleni na popiół
żywcem, krzycząc
z bólu na cały głos?
Cudem dobiegli tak daleko, tylko po to, by by
dalsza ucieczka stała
się
niemożliwa
i przepadła
nadzieja na ratunek?
Zejść nie mogli. Gdy
wchodzili na skałę
zabójczy żywioł
był tuż
za nimi, a inne drogi zostały
już wcześniej
zalane gorącą,
stopioną
skałą.
Spojrzeli smętnie w głąb wyspy, na drzemiący jeszcze niedawno wulkan. Wcześniej, tuż przed erupcją, otoczony gęstym, wiecznie zielonym, tropikalnym lasem, z rozmieszczonymi tu i tam domkami zbitymi z grubych bali, wyspa sprawiała wrażenie raju. Teraz przypominała piekło zalane żywym ogniem. Wulkan wciąż i wciąż wypuszczał z siebie kłęby czarno-szarego dymu, pełnego pyłów i popiołów. Z krateru, po zboczach, spływała leniwie jaśniejąca na czerwono lawa. Ten zabójczy, ale piękny widok hipnotyzował, rozpościerając się na cały widziany krajobraz.
Drobny kurz niesiony niewyczuwalnym już, ciepłym, wakacyjnym powietrzem opadał od dłuższego czasu. Młodzieńcy z każdym wdechem wciągali drobinki w płuca, kaszląc i dławiąc się. Nie przejmowali się już tym, to było bez znaczenia.
Jan wstał i podszedł powoli na skraj skały. Czuł na twarzy żar powietrza, idącego falami z dołu. Przy tym, skwar lata był cudownym podmuchem chłodu. Temperatura stała się nie do zniesienia. Skóra na twarzy zaczęła go piec, mimo to nie cofnął się ani o krok. Miał ochotę wskoczyć w czerwony strumień i zakończyć wszystko.
Spojrzeli smętnie w głąb wyspy, na drzemiący jeszcze niedawno wulkan. Wcześniej, tuż przed erupcją, otoczony gęstym, wiecznie zielonym, tropikalnym lasem, z rozmieszczonymi tu i tam domkami zbitymi z grubych bali, wyspa sprawiała wrażenie raju. Teraz przypominała piekło zalane żywym ogniem. Wulkan wciąż i wciąż wypuszczał z siebie kłęby czarno-szarego dymu, pełnego pyłów i popiołów. Z krateru, po zboczach, spływała leniwie jaśniejąca na czerwono lawa. Ten zabójczy, ale piękny widok hipnotyzował, rozpościerając się na cały widziany krajobraz.
Drobny kurz niesiony niewyczuwalnym już, ciepłym, wakacyjnym powietrzem opadał od dłuższego czasu. Młodzieńcy z każdym wdechem wciągali drobinki w płuca, kaszląc i dławiąc się. Nie przejmowali się już tym, to było bez znaczenia.
Jan wstał i podszedł powoli na skraj skały. Czuł na twarzy żar powietrza, idącego falami z dołu. Przy tym, skwar lata był cudownym podmuchem chłodu. Temperatura stała się nie do zniesienia. Skóra na twarzy zaczęła go piec, mimo to nie cofnął się ani o krok. Miał ochotę wskoczyć w czerwony strumień i zakończyć wszystko.
–
Może spróbujemy przejść
po tych wystających
kawałkach skały,
na tamtą półkę?
Wygląda na to, że
jest tam jakaś jaskinia.
Może to jakieś
przejście? – odezwał
się zza pleców Maciek.
–
Może. Spróbujmy, ale nie
będzie to łatwe
– odpowiedział, patrząc
we wskazaną stronę.
– Ty idziesz pierwszy.
– Nie ma sprawy.
Szatyn podniósł się i odwrócił twarzą do ściany. Ostrożnie postawił stopę na pierwszym występie. Wsunął palce w pęknięcie skalne i przeniósł powoli ciężar na drugą nogę, odrywając tę spoczywającą na półce. Rozległ się trzask. W dół posypały się okruchy kamienia, a w następnym momencie odpadł cały kawałek, na którym stał chłopak. Runął w dół, wymachując w panice nogami, dla znalezienia jakiegoś oparcia. Nie było żadnego. Zawisł na jednej ręce, wsuniętej w szczelinę.
Gdy Maciek zaczął spadać, Janek rzucił się ku niemu, uchwycił skały pokrytej mchem, złapał go za rękę i...
– Nie ma sprawy.
Szatyn podniósł się i odwrócił twarzą do ściany. Ostrożnie postawił stopę na pierwszym występie. Wsunął palce w pęknięcie skalne i przeniósł powoli ciężar na drugą nogę, odrywając tę spoczywającą na półce. Rozległ się trzask. W dół posypały się okruchy kamienia, a w następnym momencie odpadł cały kawałek, na którym stał chłopak. Runął w dół, wymachując w panice nogami, dla znalezienia jakiegoś oparcia. Nie było żadnego. Zawisł na jednej ręce, wsuniętej w szczelinę.
Gdy Maciek zaczął spadać, Janek rzucił się ku niemu, uchwycił skały pokrytej mchem, złapał go za rękę i...
–
Jasiu! – krzyknęła z
okna pulchna kobieta, o łagodnej
i miłej twarzy. –
Obiad!
I zniknęła we wnętrzu mieszkania, na czwartym piętrze.
– To ja idę – rzekł blondynek. – Po obiedzie pobawimy się w Dragon Ball.
Odwrócił się na pięcie i wybiegł z piaskownicy.
I zniknęła we wnętrzu mieszkania, na czwartym piętrze.
– To ja idę – rzekł blondynek. – Po obiedzie pobawimy się w Dragon Ball.
Odwrócił się na pięcie i wybiegł z piaskownicy.
Fajny pomysł na opowiadanie :)
OdpowiedzUsuńTylko ten fragment o spopieleniu i bólu niezbyt pasuje mi do wyobrażenia w dziecięcej zabawie...
Zarzucano mi już, że dzieci nie mają aż takiej wyobraźni, ale chciałem pokazać, że mała też nie jest. A bez takiego wzmocnienia jakoś tak bardziej ubogie by mi się wydawało.
Usuń